|
Caroline Janice Cherryh
Przybysz
. Księga 2 . Rozdział 5 .
Odszedł z tym stworem - rzekł Patton
Bretano z ciężkim sercem, a znajdujący się daleko w dole Pardino wciąż mówił, że
dotarł do nich przekaz radiowy, że wciąż odbierają sygnał i że żądają od stacji
jakiejś decyzji. Patton Bretano siedział z odbiornikiem w dłoni, słuchając go i
zastanawiając się, dlaczego trafiło akurat na jego syna, że chyba musiał
oszaleć, żeby wychodzić samemu, i dlaczego nie pobiegł do bazy, tylko się od
niej oddala, ale bał się, że na to pytanie zna już odpowiedź.
Ian nie zaryzykowałby zniszczenia placówki, po prostu nie
mógłby tego zrobić. Pardino powiedział, że pracował przy granicy. Na terenie,
gdzie według nich mieli znaleźć odpowiedzi dopiero za kilka lat.
A tu odpowiedzi znalazły ich. Znalazły Iana, na granicy i
bezbronnego. Pardino mówił, że radio wciąż nadaje i jeśli nic się nie zmieni, to
mają szanse ich wytropić.
Lecz w głowie Pattona wirowała tylko jedna myśl, rozbijając
po drodze co rozsądniejsze pomysły: Jak mam to powiedzieć Joy? Instynkt ojcowski
nakazywał mu zmontować wyprawę poszukiwawczą, przekląć Iana za to, co zrobił,
instynkt ojcowski za cholerę nie przejmował się ryzykiem, z jakim wiązały się
poszukiwania.
Ojciec w nim zupełnie się nie przejmował tym, w jakim
świetle zechce zobaczyć próbę ratunku Gildia. Polityk natomiast myślał o ryzyku,
na jakie świadomie narażali załogę bazy. Boże, to oczywiste, że istnieją
niebezpieczeństwa i że są sposoby ich unikania. Zbudowali płot elektroniczny.
Tubylcy nie byli na tyle technicznie zaawansowani, by go sforsować. Przez te
kilka miesięcy od wylądowania nie zdarzył się żaden incydent. Ani razu nie
zaniedbali środków ostrożności, a Ian nie znajdował się w pierwszej grupie,
Patton użył wszystkich swoich wpływów, by Ian w żadnym wypadku nie znalazł się
w pierwszej grupie...
- Pat - odezwał się Pardino - Pat, jesteś tam?
- Tak - odparł, myśląc: "Boże, miej nas w opiece, stało
się, tak? Nawiązaliśmy kontakt. Od tej chwili to już nieodwołalne. Ale mój
syn...".
- Nie możemy iść za nim - rzekł Pardino. - Personel jest
zgodny, że nie możemy iść za nim, nie mamy tu odpowiedniej pozycji...
- Chcę słyszeć te przekazy. - Cały się trząsł. Nerwy miał
wciąż rozedrgane od przeżytego szoku i nic nie wydawało mu się prawdziwe.
Otwarty kanał radiowy stanowił jednak jedyne kruche ogniwo łączące go z Ianem, i
Patton chciał, żeby to on był na nasłuchu, a nie Pardino; chciał słyszeć
osobiście, że Ianowi nic się nie stało, nieważne, jak to zrozumie Gildia,
nieważne, że wiadomość rozejdzie się po całej stacji z szybkością połączeń
telefonicznych, a musiał jeszcze jakoś zawiadomić Joy i przygotować coś w
rodzaju oficjalnej informacji.
Musi zająć stanowisko, zanim Gildia przedstawi własną
wersję wydarzeń.
Nie był złym człowiekiem. Powiedział sobie w duchu, że nie
jest złym człowiekiem. Stąpał po cienkiej linie rozpiętej między Gildią Pilotów,
która bez skrupułów wykorzystałaby tę historię przeciwko wszystkiemu, w czym
pokładali nadzieje, a radą bojącą się przeciwstawić Gildii zbyt radykalnie... A
teraz Ian wpakował się w sam środek tego, co - niech Bóg ma go w swojej opiece -
on sam zaplanował.
Ponieważ zarówno on, jak i członkowie komitetu wiedzieli,
że ten obszar wyspy jest zamieszkały, że tubylcy nie są zaawansowani technicznie
- co, jak liczyli, miało im ułatwić pierwszy kontakt, nie stawiając ich twarzą w
twarz z najwytrawniejszymi politykami i najbardziej rozwiniętą techniką na całej
planecie... Lecz Patton w żadnym wypadku nie chciał, żeby Ian stał się ośrodkiem
tego spotkania.
Pardino mówił coś o wejściu na kanale B i Patton nie mógł
się powstrzymać od myśli, jak to Gildia zacznie śledzić ich przekazy, kiedy
tylko się dowie, że coś się dzieje. Można się założyć, że wszystko, co powiedzą,
wszystko, co powie Ian, natychmiast zostanie przekazane Gildii.
- Pat - mówił Pardino, zagłuszając to, co chciał usłyszeć:
głos Iana - Pat, chłopak jest zaradny, sprytny, nic mu nie jest, bez względu na
to, co się stało, nikt mu niczym nie grozi. Mówi, ale tubylcy nie mogą
podejrzewać, że jest słyszany, oni nie mają radia. Powiedział, że ściszył
głośność, żeby nic nie słyszeli, ale nie odszedł bardzo daleko. Baterie
wystarczą na cztery bite dni, powiedział, żeby nie iść za nimi, obcy mu nie
zagraża. Słyszysz, Pat?
- Tak. Tak, rozumiem cię. Chcę mieć te przekazy, do
cholery.
- Masz wszystko to, co my.
Po tych słowach Pardino wyłączył się, jakby mogło to
cokolwiek naprawić, ale powiedział też, że Ian jest zaradny i Patton uchwycił
się tej myśli, gdy Pardino się wyłączył i zostawił mu cichy, przetykany
zakłóceniami oddech.
I wtedy odezwał się zadyszany głos Iana:
- Nadal wszystko jest w porządku, nie martwcie się, on się
po prostu boi, że ktoś za nami idzie. Jesteśmy w jakiejś jaskini wśród skał.
Ciągle dotyka mojego ramienia, bardzo delikatnie, jakby chciał prosić, żebym był
cicho, mówi do mnie, a ja udaję, że mu odpowiadam.
Tu dał się słyszeć inny głos, niski, cichy pomruk.
- Jest wyższy ode mnie przynajmniej o głowę - powiedział
Ian - bardzo podobny do nas, ale niewiarygodnie silny. Skórę ma czarną jak
kosmos, wąskie oczy i nieco zakrzywiony nos, niezbyt wystający, widać, że
marszczy czoło...
I znów ten inny głos. Chwila przerwy.
- Mówi do mnie, chyba to słyszycie, naprawdę cicho, jakby
chciał mnie uspokoić.
Głos Iana drżał. Patton wyczuł strach syna, wyczuł, że
trudno mu wytrzymać napięcie. Oddychał z trudem, spazmatycznie. Patton splótł
dłonie i pomyślał, że Gildia wszystko na pewno już nagrywa, każdą rozpaczliwą
minutę, żeby potem to odtworzyć radzie i całej stacji.
Ian się nie załamie, Patton znał swego syna. Ian trzymał
emocje na wodzy. Drżenie w jego głosie brało się z napięcia fizycznego lub
fizycznych ograniczeń, ale inni mogli sądzić co innego.
Wcisnął numer biura żony, żeby uprzedzić oficjalną
wiadomość. Powiedział to tak, jak przedtem Pardino, po prostu:
- Joy, Ian ma trochę kłopotów, nie wpadaj w panikę, ale na
dole nawiązali kontakt i zrobił to Ian.
- Kontakt - odparła po drugiej stronie linii Joy. - Jak to,
nawiązali kontakt? Nie mu nie jest? Pat? Czy nic mu nie jest?
- Na razie nie - rzekł Patton. - Słyszymy go, ma włączone
radio, mam go na drugim kanale. Włącz u siebie B.
- Już. Mam go.
- ...trochę zdyszany - mówił Ian i kaszlnął. - Plączą mi
się nogi. Nie jestem tu zaaklimatyzowany. Jesteśmy parę kroków od bazy, nie
potrafię ocenić odległości. Rosną tu jakby drzewa z miękkimi pniami, dużymi
płaskimi liśćmi, jest tu dużo jakby mchu, musi gdzieś tu chyba być woda,
wszystkie liście są miękkie...
Boże, pomyślał Patton, chłopak wciąż obserwuje, wciąż
przesyła te cholerne spostrzeżenia botaniczne, ale on sam chce posłuchać o
tubylcu.
Znowu usłyszał głos stwora i pytanie Joy: - Czy to jeden z
nich? - na co sam odmruknął: - Na razie jest tylko jeden. Przeszedł prosto przez
płot, włączając alarm, i podszedł do Iana. Ian kazał zawrócić ekipie ratunkowej.
Najwyraźniej nie czuł się zagrożony.
- Sir - wtrąciła się sekretarka na linii priorytetowej. -
Dzwoni Vordict, mówi, że to pilne, w sprawie pańskiego syna, sir.
A więc Gildia
już usłyszała. Gildia rozpęta piekło w związku z zaistniałą sytuacją i przystąpi
do twardej rozgrywki politycznej z elektoratem. Nie był do tego przygotowany.
Tam na dole jego syn ma kłopoty, a Vordict, niech go cholera, chce rozdmuchać
sprawę, która - jak wszyscy wiedzieli - była nieunikniona od chwili, kiedy
dotarli do tej gwiazdy, chce mu przedstawić całe gdybanie.
- Chce, żebyśmy szli dalej - odezwał się słaby głos Iana.
Chce, żebyśmy ruszyli w drogę. Zimno mi, brak mi tchu, przepraszam za trzęsący
się głos...
- Przełącz go - polecił sekretarce, mając na myśli
Vordicta, a do Joy powiedział:
- To Vordict. Muszę z nim porozmawiać. Ian nas nie słyszy.
Cokolwiek jednak znalazł tam na dole, nie jest to wrogo nastawione, wszystko
jest w porządku...
Ian nagle szybko wciągnął powietrze i Pattonowi zamarło
serce.
Z daleka dobiegł głos Iana:
- Tylko straciłem równowagę. Nic mi się nie stało, wszystko
w porządku, niech nikt nie zrobi jakiegoś głupstwa.
Patton bardzo chciał, żeby
Gildia wzięła to sobie do serca.
- Patton - dobiegł go głos z innego kanału. -
Patton, ty to wymusiłeś, spadnie to na twoją głowę, to twój syn znalazł się w
niebezpieczeństwie, a ty cholernie dobrze wiedziałeś, że w pobliżu bazy znajduje
się osada. Mam odpowiednie dokumenty. Mam świadka. Wiedziałeś o tym przed
lądowaniem, spróbuj zaprzeczyć, i wiedz, że zamierzam przedstawić to radzie.
następny |
|